mapa

aktualności
More News...
other utopias

Zdjęcie z archiwum Józefa Hena
Pisarz, publicysta, scenarzysta i reportażysta. Wychował się na przedwojennym Nowolipiu, uczęszczał do męskiej szkoły pana Krelmana na Nowolipki 24. Jego dziadkowie mieli sklep z porcelaną i fajansem na Gnojnej oraz sklep ze słodyczami na Placu za Żelazną Bramą, naprzeciw pętli tramwajowej. Na współczesny Muranów go nie ciągnie, ale chętnie wspomina stare czasy. Rodzinną ulicę opisał w książce „Nowolipie”.
- I nawet w tej chwili czytam ją dość dokładnie, bo właśnie przygotowywany jest przekład na angielski. Więc tkwię w tym i przypominają mi się rzeczy, o których w książce nie wspomniałem.
- Na przykład?
- Koledzy z podwórka. Pamiętam braci Kaców. Ich ojciec prowadził na Nowolipiu sklep „Szyk paryski”. Któregoś lata, gdy wróciłem z wakacji, dowiedziałem się, że jeden z trzech braci zatonął. Tego nie ma w „Nowolipiu”, a było to dla mnie wydarzenie bardzo przejmujące.
Pisałem już wtedy do „Małego Przeglądu” Korczaka, byłem gimnazjalistą, ale to w żadnym stopniu nie przekładało się na stosunki koleżeńskie z chłopakami z podwórka. Ja byłem dobry w pisaniu, a inni w grę w klipę albo palanta. Zna pani klipę? Na ziemi rysowało się okrąg, w środku leżało krótkie, zaostrzone na obu końcach drewienko. Chodziło o to, żeby wybić je przy pomocy drugiego, dłuższego kijka jak najdalej poza obręb koła.
Albo gra do dołka. Przypominała trochę golfa. Wołaliśmy zawsze „piłka do dołka, piłka do dołka, na poprawkę, na poprawkę”. Dzieci zawsze najlepiej bawią się w gry, które same wymyślą. A my mieliśmy ich mnóstwo. To jedno z moim najlepszych wspomnień z Muranowa.
Fajne było to nasze podwórko: znajdowało się w oficynie mojej kamienicy na Nowolipiu 53. Było prostokątne, głębokie. Na środku rosły brzozy i kwiaty ogrodzone sztachetami. I ja dookoła tego jeździłem na rowerze. Na podwórku grywaliśmy też w piłkę – ile ja razy zdarłem tam kolana....
- Jak wyglądała Pana kamienica?
- Secesyjna, z piękną kutą bramą wyłożoną żółtymi kafelkami. Liczyła pięćdziesiąt kilka mieszkań. W tamtych czasach to, na którym mieszkało się piętrze, zależało od stopnia zamożności. Sutereny zajmowali najbiedniejsi, nie mieli kanalizacji, tylko klucz do ogólniaka. Pamiętam, jak do naszej sutereny pod koniec lat 20. sprowadził się gazownik. Bo właśnie zaczęto zmieniać oświetlenie gazowe na elektryczne. I on z dnia na dzień stracił pracę.
Po sąsiedzku w suterenach znajdowała się pracownia luster, a także wytwórnia materacy - całymi dniami słychać było stukot maszyny-sieczkarki , którą ręcznie obsługiwał zatrudniony w wytwórni robotnik. Siekł siano, którym wypychał sienniki.
Pierwsze piętro zajmowali ludzie zamożni, inteligencja. Kamienica nie miała windy, więc to były najdroższe mieszkania. My mieszkaliśmy na piętrze trzecim. Z okna widziałem wieże strażackie na pl. Mirowskim.
- Nowolipie było gwarną ulicą?
- Na pewno bardziej niż dzisiaj. Ale jak na tamte czasy, to raczej spokojne. Gwarne były Nalewki. Nowolipie zaś eleganckie, dystyngowane . Choć i tu przychodziły licznie podwórkowe orkiestry. Cały dzień coś się działo. Służące, nie panie, zrzucały pięciogroszówki zawinięte w gazetę. Kupowały od muzykantów teksty piosenek i potem podśpiewywały w kuchni przy pracy. Jeden przystojniak zjawiał się boso, w zimę, żeby wzbudzić litość i więcej zarobić. I kuchtom tak serca się krajały, że całe mnóstwo pięciogroszówek spadało na podwórko. Przychodzili magicy, połykacze ognia. I cudowna para białogwardzistów. On grał na gitarze, postawny jak carski oficer, z brzuszkiem. Ona, bardzo ładna, śpiewała. To stąd znam te wszystkie rosyjskie piosenki. O takiej parze pisze Dołęga-Mostowicz w „Doktorze Murku” . Wspomina, że nocowała w cyrku, tzn. w noclegowni. To byli chyba ci sami białogwardziści z Nowolipia.
Nasza ulica nie była chasydzka. Zresztą aż do końca XVIII wieku w ogóle nie była żydowska. Dopiero w połowie XIX wieku zaczęli się tu osiedlać Żydzi. Ale chasydów raczej się nie spotykało, a jak się któryś pojawił, to myśmy biegli za nim i przedrzeźniali. Nowolipie było mieszczańskie, tak samo jak Dzika, dziś Zamenhofa. Takie trochę małe miasteczko. Słynęło z ekskluzywnych sklepów, jak na przykład „Szyk paryski”. Kiedyś Wiesław Górnicki, doradca Jaruzelskiego, który zawsze przychodził z żoną na moje wieczory autorskie, powiedział: „dla mnie Nowolipie to były Aleje Ujazdowskie”. Pochodził z Woli, gdzie dominowały drewniane domki dla robotników. A tu zupełnie co innego. O mieszczańskim Nowolipiu wspomina też dr Jacek Leociak, historyk literatury, który napisał książkę „Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście”.
- Poza Nowolipiem, które ulice pamięta Pan najlepiej?
- Leszno. Zawsze wspominam je jako dość szeroką, słoneczną ulicę. Moja ukochana dziewczyna mieszkała na Lesznie 56, naprzeciwko Sądów.
Idąc na północ, dalej była Dzielna – Teatr Scala, kino Maska i kino Promień. Właściciel tego ostatniego, pan Goldszlak, wpuszczał mnie na filmy za darmo, bo ojciec, z zawodu hydraulik, montował mu kiedyś jakieś instalacje wodociągowe.
Potem Pawia, Miła – która wcale miłą nie była, bo tu zaczynała się bieda. No i wreszcie Stawki, Wołyńska – straszna nędza, drewniane domki bez kanalizacji. Na Wołyńskiej mieszkał jeden z wujków, małamed. Jego dzieci pracowały u mojego ojca. Jak weszli Niemcy, zgolił brodę i założył kapelusz. Mówił, że Pan Bóg mu przebaczy, a Niemcy nie przebaczą. Zginął, wywieziony do Treblinki.
- Jakie były Pana ulubione miejsca na Nowolipiu?
- Wędliniarnia u Warmana, Nowolipie 60, bliżej Smoczej, oczywiście koszerna. Czego tam nie było: szynki, indyki, sucha kiełbasa, tzw. mostek, ale nie taki nadziewany, tylko peklowany, czerwony. Delikatne to było, apetyczne, pachnące. Panny Warmanówny cały czas te wędliny podjadały, takie były smaczne. Sprzedawały parówki w papierku i kładły kleks musztardy. A biednym chłopcom dawały za grosze tzw. kawałki, czyli brzydkie resztki z wędlin. Jacy oni byli zadowoleni! Jeszcze długo po wojnie z pisarzem Stanisławem Benskim żeśmy wspominali tę wędliniarnię. Nawet w Izraelu nie znalazłem takiego smaku wędlin jakie były na Nowolipiu. Tak samo bardzo brakuje mi dziś ówczesnego pieczywa. Do szkoły zwykle dostawałem kromkę czarnego chleba z masłem i ogórkiem kiszonym.
Obok wędliniarni były tzw. pokoiki śniadankowe: dwa-trzy stoliczki ustawione w wąziutkiej salce. Podawano tam jajecznicę, można było napić się herbaty. A naprzeciw Smoczej znajdowała się restauracja. Chodziliśmy do niej czasem z własnymi garnkami po jedzenie na wynos.
A jak zaczynała się szkoła, to szło się na Nalewki kupić mundurek. Bo tam byli sprzedawcy, którzy szyli wyłącznie dla uczniów. Ile mieli towaru! Aż po sam sufit, pięć razy więcej niż wszystkich gimnazjalistów w Warszawie. Mama lubiła się z nimi targować. Oburzona udawała, że wychodzi, sklepikarz wybiegał za nią na ulicę, krzycząc przejęty: „Czy ja mam dołożyć do tego interesu?”. Więc mama wracała. Ten przekonywał: „To z garbandyny!” A mama na to: „Obok garbandyny to może leżało”. „Z oksydowanymi guzikami” - zachwalał sprzedawca. „A po co mu oksydowane guziki? Do gry w piłkę?” – śmiała się moja mama. Bo my graliśmy w piłkę w szkolnych uniformach.
Na Nalewkach domy miały pod trzy-cztery podwórka. Na Nalewki 2a mieścił się Klub Syjonistów. Miałem starszych kolegów, którzy uczyli się tam na pioniera – klęczeli godzinami, szorując podłogi. Tak ćwiczyli w sobie cierpliwość i wytrzymałość.
- Pamięta Pan swój ostatni dzień na Nowolipiu?
- Każdy krok. To był 8 listopada 1939 roku. Miałem szesnaście lat, gdy przekroczyłem granicę demarkacyjną. I dużo intuicji. Dzień przez wyjazdem do Rosji, nic nikomu nie mówiąc, utleniłem sobie włosy. Wieczorem naszą furmankę, na której jechałem z siostrą, zatrzymali Mazurzy. I pokazując na mnie, jeden drugiego pyta: „To jest Jude?”. Po czym podnosi mi czapkę, którą miałem na głowie, i krzyczy: „Keine Jude”. Takie miałem złote włosy. Jak dotarłem do Lwowa do swojego profesora, polonisty, to jego pierwsze słowa, jakie usłyszałem, były: „Coś ty zrobił z włosami!”. To mnie uratowało. Tak samo jak fakt, że nie miałem przy sobie 2 zł. Siostra pojechała przodem w innej grupie i nie zostawiła pieniędzy. Ostało mi się tylko 50 groszy i bateryjka. Przemytnikowi dałem marynarkę. Chciał palto, ale powiedziałem mu: „Jak to, pojadę na tułaczkę bez palta?”. A potem okazało się, że za nocleg w gospodzie trzeba zapłacić 2 zł. Nie miałem tyle, więc mnie wyrzucili. W końcu przygarnęła mnie miejscowa nauczycielka. Dała herbatę i ulokowała na stercie słomy. A rano przychodzi i mówi: „Ale masz szczęście!”. Tamtych z gospody w nocy cofnęli do Warszawy. Więc brak 2 zł mnie ocalił. Inaczej pewnie wróciłbym na Nowolipie i stałoby się to, co się stało.
- Wrócił Pan do Warszawy w 1945 roku?
- Tak, szedłem od napisu wbitego w ziemię, informującego, że tu jest Karmelicka, a tu Nowolipie. Mierzyłem krokami, gdzie może być brama mojej kamienicy. I dobrze mierzyłem. Mam taki obraz przed oczami, że po prawej stronie na gruzie stoi chłop z furmanką i wybiera cegły. A ja tkwię w miejscu, gdzie był mój dom.
Znalazłem wtedy resztki żółtych kafelków. Wspominałem już kiedyś o tym, jak to wziąłem sobie jeden na pamiątkę. Tyle się ostało. Z rodzinnych zdjęć przetrwały tylko te, które były poza gettem, z Michalina na przykład, gdzie zawsze spędzałem wakacje. Albo te wysyłane do siostry mojego ojca do Argentyny. A wracając do kafelka: jakiś czas potem przeprowadzaliśmy się z żoną do nowego mieszkania. Ja leżałem akurat w szpitalu, więc żona sama wszystko pakowała. Uznała ten kafelek za stary śmieć i go wyrzuciła.
We wrześniu 1948 roku zaczęło się odgruzowywanie Muranowa. I brali w tym udział między innymi literaci. A ja ich fotografowałem: Tadeusza Borowskiego, Lucjana Rudnickiego, Stanisława Furmanika, Anatola Sterna, Gabriela Karskiego, Jerzego Zagórskiego, Helenę Wielowieyska, Jana Nagrabieckiego. Te zdjęcia są przedrukowane w „Dzienniku na nowy wiek”. Miałem taką intuicję, że trzeba to sfotografować, dać świadectwo.
- A nie kusiło Pana, żeby po wojnie zamieszkać na Muranowie?
- Proponowano mi tu mieszkanie, ale odmówiłem. Tłumaczyłem to tym, że będę słyszeć krzyki mordowanych w getcie ludzi. Dostałem w zamian mieszkanie na Mokotowie, dwa pokoje z dość nawet dużą kuchnią. Mieszkaliśmy tam siedemnaście lat. Bierut mówił, że to bloki na dziesięć lat, że po upływie dekady zburzą je i postawią nowe. A one stoją po dzień dzisiejszy i ludzie sobie je chwalą. W 1967 roku przeniosłem się w Aleje Ujazdowskie. Na Muranów nie wróciłem. O tych krzykach wspominam w mojej powieści „ W dziwnym mieście”. Bohaterem jest niejaki oficer Mizerski. Wzorowałem go na swoim przyjacielu Dziewczepolskim. I on w tej mojej powieści idzie przez dawne getto, jak ja kiedyś szedłem, i słyszy te krzyki. Mówił mi też o nich Mieczysław Jastrun. Ale myśląc o pani tej nocy (śmiech), przypomniałem sobie getto, które widziałem na filmach kręconych przez Niemców. I wygląda na to, że wszystko odbywało się w milczeniu, ludzie nie krzyczeli, nie histeryzowali, nie protestowali, szli spokojnie. Więc to przeświadczenie o krzykach mają chyba tylko ci, którzy w getcie nie byli, a uważają, że należało krzyczeć do Boga na tyle niesprawiedliwości.
- Zagląda Pan dziś czasem na Muranów?
- Nowolipie mam w głowie. I nie czuję potrzeby tam zachodzić. Nie znam ludzi, którzy teraz na Muranowie mieszkają, ani domów – nie istnieje już na przykład budynek, w którym swoją siedzibę miał Mały Przegląd. Przed redakcją wisiała skrzynka i myśmy tam wrzucali nasze listy. Nie ma Kercelaku: z obu stron bram, prowadzących na bazar, stały sodowiarnie. Napełniało się tam butle przyniesione z domu i słychać było taki charakterystyczny syk. Albo kupowało się wodę z sokiem i ona tak fajnie się pieniła.
Niedługo będę co prawda w restauracji Jerozolima na Smoczej 27, bywałem na Stawki dopóki znajdowała się tam redakcja Polityki, ale to już dla mnie inny świat, nic do niego nie czuję. Nie, nie uważam, by współczesny Muranów była trędowaty jakiś, tylko mnie do niego nie ciągnie. To zimne, obce ciało.
Rozmawiała: Monika Utnik

PARTNERZY:



